dwie-krzywe

Dwie krzywe

Od początku września śledziłem dwie rosnące krzywe: liczby szkół pracujących zdalnie i w trybie mieszanym. Dziś kończę spisywanie tych danych (wiadomo – od poniedziałku wiele się zmienia), więc to ostatni wykres.

Zwykle tym danym podawanym przez MEN towarzyszyła informacja, że to niewielki procent placówek systemu oświaty (1–4%). Sprytnie – ten odsetek znacznie zmniejszono, wrzucając do jednego worka wszystkie placówki – statystycznie więc jedna szkoła 1000-osobowa to jedna placówka, tak samo jak przedszkole z sześćdziesiątką dzieci.

Procenty generalnie są zdradliwe, bo cóż to jest w skali kraju, gdy – weźmy dane sprzed tygodnia – 208 szkół pracuje zdalnie. Niewiele. Ale licząc uczniów, robi się mało ciekawie. Bo gdyby policzyć, że w każdej z tych szkół jest 500 uczniów, to okaże się, że mówimy o ponad stu tysiącach dzieciaków. To już robi wrażenie.

Ale to majstrowanie danymi wcale mnie nie dziwi. Rządzący właściwie od początku pandemii pokazywali, że na pierwszym miejscu jest PR. Zawsze były wstawki, że w innych krajach jest gorzej, że wiosną tak pięknie sobie poradziliśmy (dzięki rządowi oczywiście), że statystycznie nie jest tak źle itd. Trzeba było ponad 8000 zarażonych dziennie, aby przejść (późno, ale oczywiście lepiej niż wcale), do realnego rozwiązywania realnych i wreszcie chyba dostrzeżonych problemów. Będzie więc nauka hybrydowa (w strefach żółtych) i zdalna (w strefach czerwonych), a więc taka, o jaką od kilku tygodni apelowali nauczyciele, dyrektorzy i inni specjaliści zajmujący się edukacją. Posłuchano ich, szkoda tylko, że nie do końca – trudno zrozumieć, dlaczego nie zdecydowano się na przejście na nauczanie zdalne/hybrydowe choćby starszych klas w szkołach podstawowych (czyli tych dzieci, które mogą pozostać w domach bez opieki rodziców), co rozluźniłoby te szkoły, dając możliwość bezpieczniejszego funkcjonowania młodszych klas. A tak mamy niby naciśnięcie hamulca, ale zostawiliśmy ogromne, kilkumilionowe źródło rozprzestrzeniania się koronawirusa. I jeszcze kwestia bardzo praktyczna – bez zmniejszenia ruchu uczniów (do/ze szkoły) trudno sobie wyobrazić, że ograniczenia dotyczące komunikacji publicznej będą realne.

Jedna rzecz mnie jeszcze martwi: przeczytałem wczoraj zapowiedź rzeczniczki MEN, że „szczegóły dotyczące ogólnych zasad pracy w systemie mieszanym zostaną określone w przygotowywanych rozporządzeniach”. Dlaczego tym się niepokoję? Ponieważ MEN nie jest – jak to powiedzieć delikatnie? – najbardziej kompetentny w radzeniu sobie z koronaedukacją (ot, choćby taki drobny fakt, że bierze się za określanie zasad dopiero teraz – jakby przez pół roku nie można było się przygotować na to, co się wydarzy jesienią). Boję się więc, że „na górze” zostanie znowu wymyślone coś bądź bzdurnego i nieelastycznego (czyli nieuwzględniającego różnorodności lokalnej), bądź zbyt ogólnego (a przez to żenująco banalnego). A przecież można byłoby wreszcie uwierzyć, że tam „na dole” są ludzie rozsądni, a przede wszystkim najlepiej znający specyfikę swojej szkoły, a więc najlepiej wiedzący, jak urządzić w tej placówce kształcenie zdalne czy hybrydowe.

Oj, to byłby szok, a przy okazji także wspaniały PR nowego szefa MEN (MENiSW, MENiN?), gdyby tak minister Czarnek na konferencji prasowej powiedział coś takiego: „Nie będzie żadnych rozporządzeń, odgórnych zasad, ponieważ – zwracam się do dyrektorów i  nauczycieli – państwo doskonale wiedzą, zdecydowanie lepiej niż my tutaj w ministerstwie, jak zorganizować pracę swoich szkół; nie chcemy więc wam nic narzucać; mam stuprocentową wiarę w państwa duże doświadczenie oraz profesjonalizm”… Pomarzyłem sobie.

Comments are closed.